niedziela, 13 lutego 2011

Podróż, poszukiwanie mieszkania i kilka wrażeń z pobytu

Miałem wyjechać z domu około 9 rano tak żeby spokojnie dojechać sobie do Wiednia w okolicach godziny 17 kiedy to mój kumpel już wróci do domu z pracy. Plan zakładał parę postojów po drodze dla wyprostowania grzbietu i dokarmienia raka płuc.

Oczywiście wszystko szło nie tak jak powinno i Kraków opuściłem dopiero w okolicach godziny 11.30. GPS wywiódł mnie na drogę przez Bielsko-Białą zamiast na autostradę, ale po zmaganiach z ruchem w Krakowie byłem już tak wkurwiony, że po prostu jechałem przed siebie byle w końcu dotrzeć do Cieszyna i ostatniego Orlenu przed granicą i zapalić papierosa.

Nastąpiło to dopiero kilka minut przed 14. Kupiłem winietki na Czechy i Austrię, ale żeby nie było za łatwo okazało się, że mam w portfelu tylko 100 PLN co wystarczyło tylko na 10-dniowe winietki. Tak więc w ciągu 10 dni muszę znaleźć mieszkanie i pozałatwiać wszystkie sprawy administracyjne. Teoretycznie powinno wystarczyć, ale jednak wolałbym mieć margines czasowy tak na wszelki wypadek. Oczywiście można kupić winietki już w Austrii, ale jakoś mała niewygoda psychologiczna jest.

Kiedy paliłem papierosa zbierając się do dalszej jazdy zadzwonił mój kumpel z wiadomością, że dostałem pozwolenie na pracę. Czyli jeden z administracyjnych wybojów na drodze do wiedeńskiego lajfu został pokonany.

Parę minut po 16 zadzwoniłem do kumpla już ze stacji benzynowej w Mikulov przy granicy czesko - austryjackiej. Trasę od Cieszyna przez Frydek - Mistek i Brno przejechałem w 2 godziny z kawałkiem miejscami gnając mondka 180 km/h. Jeśli jakieś radary pstrykały mi fotki po drodze to nie miałem czasu tego zauważyć. Pod dom kumpla w Wiedniu zajechałem mniej więcej o 17.45 przy samym zjeździe z autostrady do Wiednia załapując się na kilkukilometrowy korek.

Oczywiście okazało się, że mam tylko godzinę aby coś zjeść, zawieść auto na płatny parking i zdążyć do knajpy na popijawę z przyszłym szefem i kilkoma osobami z firmy. Impreza trwała do 00.30, ale jakoś piwo w Wiedniu lepiej wchodzi niż w Krakowie bo 7 czy 8 dużych niespecjalnie mi zaszkodziło. Horyzont się kołysał i fluently lekko padało, ale jednak nie było zwały i szaleństw na autopilocie.

W piątek rano, tak w okolicach 9.30 obudziłem się i po dokonaniu porannej ablucji zapuściłem searcha na Immobilien.net za jakimiś mieszkaniami. Dwa wzbudziły moje zainteresowanie więc podesłałem linki kumplowi do oceny i po 5 minutach dostałem od niego telefon, że mam lecieć do biura nieruchomości po klucze do pierwszego mieszkania, a na 14 jestem umówiony z agentką na oglądanie drugiego.

Z lekkim szumem w głowie aczkolwiek bez lęków kacowych poszedłem na najbliższą stację metra. Zakupiłem sobie 3-dniowy bilet na wszystkie linie za 13 euro z centami i zszedłem pod ziemię.

Tutaj muszę pochwalić znakomite oznakowanie drogi na perony i wszędzie widoczne rozpiski przystanków danej linii. Naprawdę jeśli tylko się wie dokąd mamy zajechać to bardzo łatwo się połapać czy stoimy przy właściwym peronie i ile przystanków mamy do przejechania. Na większości stacji pod sufitem są mapki z kolejnymi przystankami danej linii, a jeśli ich nie ma to są one w gablotkach przy ścianach. Poza tym nad każdymi drzwiami w każdym wagonie metra jest mapka wszystkich linii z wyraźnie oznaczonymi stacjami gdzie możemy się przesiąść na inną linię. Z głośników jest zapowiadana nie tylko kolejna stacja i możliwości przesiadek, ale także strona pociągu po której znajdzie się peron (to tak żeby sobie nie zasnąć będąc opartym o drzwi, które za chwilę ktoś otworzy). Ludzie też nie robią bydła i dość szybko wsiadają i wysiadają więc nie ma sytuacji kiedy jakaś pierdoła opóźnia odjazd (przynajmniej ja nie widziałem jeszcze takiej sytuacji).

Ok, dotarłem do firmy i kumpel zszedł na dół z porcją wydruków z google maps i pozaznaczanymi liniami moich wędrówek do tych dwóch mieszkań i agencji, z której miałem odebrać klucze do pierwszego z nich. Kumpel miał akurat piekło w pracy więc nie mógł mi towarzyszyć, musiałem sobie jakoś poradzić. Generalnie tylko kompletny idiota by się mógł zgubić z taką pomocą naukową i na szczęście nie okazałem się takim osobnikiem.

Pani w agencji spisała mnie z paszportu i musiałem podpisać zobowiązanie, że klucze pozostaną tylko u mnie i nikomu ich nie udostępnię i nic nie zrobię w mieszkaniu i zwrócę je tego samego dnia. Paszport został jako zakładnik na wypadek jakbym jednak okazał się jakimś krętaczem.

Pod budynek 149 na Mariahilfestrasse trafiłem bez problemów, ale za cholery nie mogłem znaleźć bramy, która wyglądała by jak wejście do strefy mieszkalnej. Same sklepy, tureckie fastfoody i takie tam. W końcu, po kilkukrotnym przejściu się od numeru 147 do 151 wlazłem do żarłodajni, pokazałem wydruk z danymi mieszkania jaki otrzymałem od agentki i zapytałem sprzedawcę czy ma pojęcie jako mogę się tam dostać. Turek wyjaśnił mi, że to chyba brama zaraz za rogiem.

Za rogiem była uliczka nazywająca się zupełnie inaczej, a wskazana brama miała numer 10 tak więc brawa dla wiedeńskich planistów. Kluczyk do bramy pasował więc wlazłem za drzwi i znalazłem mieszkanie. Niestety pomimo nawet znośnego układu pomieszczeń nie pasowało mi ze względu na rozmiary kuchni, która była niewiele większa od wnętrza szafy. Po wstawieniu tam mebli prawdopodobnie robiąc sobie posiłek stałbym w przedpokoju. Poza tym kamienica miała niesamowicie wysokie stropy, mieszkanie miało chyba z 5 metrów wysokości, koszmar z ogrzewaniem. Na koniec położenie na parterze i widoczne zza okna czubki głów przechodzących ludzi burzyły moje poczucie feng shui :)

Podążyłem więc na miejsce spotkania z agentka od drugiego mieszkania. Na miejsce dotarłem mniej więcej 40 minut przed czasem więc połaziłem sobie nieco po okolicy. Generalnie dzielnica 15. to sąsiedztwo parku Schonbrunn więc fajne miejsce do spacerów i relaksu. Zabudowa to głównie kamienice 3- i 4-piętrowe, dość zadbane. Na ulicach względnie mały ruch samochodowy ponieważ większość aut podąża trasami przelotowymi ciągnącymi się wzdłuż linii metra U4 i omija dzielnicę. Z ludności to głównie śniade twarze, podejrzewam tureckie korzenie. Poza tym spokój, cisza i względna czystość chodników.

Kamienica docelowa znajduje się w jednej z bocznych uliczek odchodzących od Sechshauser Strasse i widać, że niedawno przeszła odnowę elewacji. Agentka pokazała mi jedno mieszkanie na drugim piętrze i jeszcze drugie, większe, na trzecim. Osobiście bardziej spodobało mi się to większe, 65 metrów kwadratowych, miesięczny czynsz 550 euro, bardzo fajny układ pomieszczeń, generalnie niemal idealne... poza małym szczegółem. Obok drzwi wejściowych znajdowało się okno przez które można zajrzeć do mieszkania. Nie wiem jak Austryjacy, ale ja nie mam zbytniej wiary w uczciwość ludzką i takie okno - standardowej wielkości, nie żaden tam lufcik czy inna miniaturka - uważam za zaproszenie dla złodzieja.

Mniejsze mieszkanie miało 50 metrów, cena 420 euro i taki układ, że wchodzi się bezpośrednio do kuchni, a potem do pierwszego pokoju za którym jest pokój drugi. Widok z okien to wewnętrzne podwórko kamienicy, niezbyt atrakcyjne, ale przynajmniej kompletna izolacja od szumu ulicy.

Powiedziałem agentce, swoją drogą bardzo miłej pani o swojsko brzmiącym nazwisku Urban, że zastanowię się nad wyborem i dam jej znać następnego dnia czyli w sobotę. Chciałem obgadać swoje obserwacje z kumplem i jego żoną oraz z moją lepszą połówką. Czekało mnie jeszcze odwiezienie kluczy do pierwszego mieszkania, odebranie paszportu od tamtej agentki i mogłem wrócić do mieszkania kumpla aby nieco złapać oddech.

Dziś po 16 zadzwoniłem do pani Urban i powiedziałem jej, że jeśli jeszcze jest wolne to chciałbym wynająć to mniejsze mieszkanie. Okazało się, że jest dostępne więc umówiliśmy się na spotkanie w poniedziałek w biurze jej firmy aby mogła spisać moje dane i przekazać je właścicielce. Jeśli właścicielka nie będzie miała zastrzeżeń to będziemy mogli podpisać umowę najmu i mieszkanie będzie moje. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i będę mógł w spokoju ducha wrócić do Polski.

Gdzieś po drodze, już nie pamiętam czy w czwartek na piwie czy w piątek gdy latałem po Wiedniu za mieszkaniami szef przekazał mi przez kumpla, że w poniedziałek mam się pojawić w firmie aby podpisać umowę o pracę. Z panią Urban jestem umówiony mniej więcej godzinę później więc będę jej mógł dać tę umowę jako dowód, że nie jestem turystą i że mam wystarczające zarobki aby móc pozwolić sobie na wynajem tego mieszkania. Podobno właścicielka ma na tym punkcie hopla i nie wynajmuje turystom ani ludziom, którzy mają za małe zarobki więc niech ma cokolwiek co pozwoli jej na pozytywną dla mnie decyzję.

Ponoć także nie pozwala na trzymanie zwierząt, ale agentka mi powiedziała, że jeśli koty będę trzymał tylko w domu to problemu nie będzie. Inna sprawa, że szef mnie uświadomił, że niedawno weszło takie prawo, że właściciel mieszkania, które komuś wynajmuje nie ma prawa zabronić trzymania zwierząt no chyba, że ktoś ma konia lub krowę. Wszystko wielkości psa, kota czy innych pluszaków jest tylko i wyłącznie sprawą najemcy i dopóki czynsz regularnie dochodzi to nie ma siły aby ktoś się mógł legalnie przyczepić do naszego milusińskiego.

Teraz zapowiedziane w tytule posta obserwacje i wrażenia.

Wiedeńczycy sprawiają wrażenie jakby ubierali ich pacjenci wariatkowa i swoją drogą wielu z nich zachowuje się jak pensjonariusze takich instytucji. Mówią do siebie, gibają się jak rezusy, wykrzykują jakieś germańskie hasła, a wszystko to przy zupełnej znieczulicy świadków owych wybuchów ekspresji. Generalnie freak show co pięć minut.

Inna sprawa to mnogość Polaków. W metrze kilka razy słyszałem kogoś po polsku rozmawiającego przez komórkę, na ulicach mijałem stosunkowo sporo par lub grup mówiących w moim ojczystym języku. Warto mieć to na uwadze wygłaszając komentarze na temat ubioru, wyglądu lub zachowania mijanych ludzi. Nigdy nie wiadomo czy w odpowiedzi na naszą wypowiedź nie usłyszymy serdecznego "spierdalaj" lub "a w ryj chcesz?" :)

Co do mieszkań to dysponując ograniczonym budżetem lub nie chcąc po prostu wydawać za dużo już na początku pobytu wybór dość ostro się zawęża. Niby na stronach z ogłoszeniami ofert jest sporo, ale jak się człowiek wczyta w opisy i poprzygląda fotkom to przeważnie coś nie pasuje. Albo jakiś schizofreniczny układ pokojów albo okolice niezbyt przyjemne albo syf albo totalna nędza w kwestii drzwi wejściowych, okien, ścian itp.

Ja w przeciągu dwóch dni obejrzałem w sieci pewnie ze 100 mieszkań, ale po kilku rozmowach z kumplem i jego żoną na temat standardu życia (tubylcy, komunikacja, infrastruktura) w danych okolicach potencjalny wybór obniżył się dramatycznie. Jeśli nałożyć na to widełki cenowe w okolicach 500 euro to praktycznie kilka ofert staje się wartych telefonu do osoby kontaktowej. Nie mówiąc już o tym, że co lepsze mieszkania potrafią znikać z rynku w ciągu kilku godzin od zamieszczenia ogłoszenia.

No dobra, starczy już tego nocnego bajdurzenia. Jutro, a właściwie dziś, zamierzam spędzić na niedzielnym leniuchowaniu i pewnie nieco pochodzę sobie po mieście. O wrażeniach nie omieszkam napisać w najbliższych dniach jak tylko wena twórcza mnie dopadnie albo stanie się coś wartego zawracania wam głowy.

3 komentarze:

  1. To chyba calkiem dobrze poszlo. Bedziesz mial umowe o prace, mieszkanie i spokoj ducha.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, to szybko ci sie udalo wszystko pozalatwiac. Gratulacje. A wlasciciele mieszkan nie robia od czasu do czasu nalotow, czy jest to zabronione?

    OdpowiedzUsuń
  3. zobaczymy jak się to wszystko zakończy, ale mam nadzieję, że jednak pozytywnie i będę mógł wrócić do Polski już z kluczami do mieszkania.

    jeśli chodzi o naloty właścicieli to być może się zdarzają, ale generalnie jak się płaci w terminie to nikomu się nie chce robić kontroli.

    OdpowiedzUsuń