poniedziałek, 22 sierpnia 2011

O zarobkach na emigracji


Głównym powodem polskiej emigracji są pieniądze, nie czarujmy się, że jest inaczej. Gdyby nie kasa to Polaka za granicą można by spotkać jedynie jako turystę. To już nie te czasy, że się uciekało przed komunizmem czy prześladowaniami. 

Nie żeby komunizmu w Polsce brakowało, świnie u koryta nadal chcą dzielić nie swoją kasę po równo pomiędzy członków tak zwanego społeczeństwa przy okazji sobie płacąc prowizję od tej zbożnej usługi. Inna sprawa, że coraz częściej wyciągają łapy po kasę tych faktycznie potrzebujących jak na przykład emeryci obecni lub przyszli. W tym drugim przypadku jest to bardziej kuszące z powodu kasy leżącej "odłogiem". Zanim obecny trzydziestolatek będzie miał prawo poboru tej zapomogi jest spora szansa, że wcześniej zdechnie, a nawet jakby dożył to co taki może zrobić? Zaciągnie Fedakową i spółkę przed sąd?

A więc emigrujemy za kasą. Oczywiście jest to nie za bardzo po myśli miłościwie nam rządzących więc sieje się ziarno propagandy jak to emigracja degeneruje człowieka. Co chwila onety i reszta wrzucają na główne strony ten sam artykuł o alkoholiźmie, rozpuście, rodzinach rozdartych przez wyjazdy. Tak jakby Polak w kraju stronił od wódy i kurwienia się. No ale jakby wszystkie owieczki uciekły to na cholerę by było potrzebne całe stado kundli (bo to nie są psy) szczekaniem wyznaczające granicę pastwiska.

Przeczytałem dziś o nowym pomyśle minister Fedakowej jakoby kasa emerytów zamiast leżeć w OFE  - gdzie jest "narażona na spekulacje giełdowe" - lepiej by się przysłużyła krajowi będąc środkiem na opłacanie rozwoju owego kraju. Oczywiście nikt nawet nie pomyśli o tym, że jakby tę całą kasę po prostu zostawić ludziom to może by sobie sami na te emerytury uskładali bez pomocy światłych kapłanów socjalizmu.

Owa notka prasowa skłoniła mnie do prostego eksperymentu myślowego mającego na celu... w sumie nie wiem co, ale wynik był na tyle fajny, że zdecydowałem się obudzić bloga z letargu. Zapytałem sam siebie jak znacząca jest różnica w moich zarobkach teraz w stosunku do tych polskich? Oczywiście każdy wie, że za granicą zarabia się lepiej, ale chodzą też bajki wśród gminu, że życie drogie jak cholera i jak się człowiek nie żyłuje to ciężko coś faktycznie odłożyć.

Dla ułatwienia podliczyłem zarobki netto bo wiadomo, że podatki są różne. Przyjąłem także sztywny przelicznik 1 euro = 4 PLN jako że takiego używam we wszelkich rozliczaniach się na przykład ze znajomymi, którzy przy okazji wizyt w Polsce kupują mi na przykład papierosy. Jako polską wypłatę liczyłem swoją ostatnią pensję. W zarobki austriackie wliczyłem oczywiście kwotę dwóch dodatkowych pensji, to nie jest żaden przywilej związkowy tylko zwyczajna sprawa.

No i co się okazało?

W 12 miesięcy w Austrii zarobię tyle co w Polsce przez miesięcy 20.

Czyli żeby mieć mniej więcej tyle samo kasy musiałbym pracować niemal dwa razy dłużej. Prościej się już chyba nie da uzasadnić czemu uważam, że decyzja o wyjeździe była dobrą decyzją. Oczywiście każdy musi decydować za siebie, ale ja swojego wyboru nie żałuję (przynajmniej póki co).

Ci co czytają mojego drugiego bloga wiedzą, że mam kredyty do spłacenia. Kredyty brane z głupoty i na pierdoły. Kredyty ciągnące się za mną już kilka lat. Dzięki wyjazdowi i zarobkom w euro w ciągu dwóch miesięcy spłaciłem niemal 14 tys. PLN zadłużenia na karcie kredytowej i kredycie odnawialnym (pomijam fakt, że to właśnie wyjazd wydrenował kasę z tych miejsc, dług jest długiem). W Polsce byłbym w stanie wycisnąć z siebie maksymalnie kilkaset PLN miesięcznie co generalnie oznaczałoby ze dwa lata trwania w tym bagnie. Co więcej oznaczałoby to kompletny brak kasy na cokolwiek poza opłaceniem rachunków, zero przyjemności tylko harowanie dla banku. Teraz to było tylko przeznaczenie "trzynastki" i kasy ze sprzedaży auta na spłatę - generalnie kasy dodatkowej, a nie robienie sztuczek aby obdzielić wszystkich wierzycieli z wypłaty zasadniczej.

Kontynuując wątek kredytowy mam jeszcze około 18 tysięcy PLN do spłacenia. Wg harmonogramu tego kredytu to jeszcze 20 miesięcy płacenia rat po prawie 1000 PLN. Przy polskich zarobkach zero szans na wcześniejszą spłatę jednak teraz jest bardzo prawdopodobne, że wszystko spłacę w ciągu najbliższego półrocza. W listopadzie będzie "czternastka" więc do normalnej raty dorzucę mniej więcej jej 10-krotność i w okolicach luty-marzec 2012 kredyt powinien być spłacony. I znowu beż żadnego wybierania pomiędzy większą ratą a powiedzmy nową parą butów zimowych.

Najśmieszniejsze jest to, że teoretycznie jestem "wysoce wykwalifikowanym specjalistą" więc ktoś może mi zarzucić, że nic dziwnego, że mi tak dobrze. A co mają zrobić biedni ludzie tylko po podstawówce? Taki przykładowy Franek co to ino wie jak silikon na obrzeżach brodzika prysznicowego umie położyć? Ano właśnie sęk w tym, że Franek może sobie policzyć 70 euro za przyjazd i 70 euro za każdą rozpoczętą godzinę pracy co jak na mój gust jest cholernie dobrą dniówką, a przecież ile pryszniców można załatać przez jeden dzień? Cała rzecz ino w tym żeby się Frankowi chciało.

11 komentarzy:

  1. Kwestia indywidualna... Ja jezdze po swiecie glownie z ciekawosci. Kasa w porownaniu do kosztow zycia jest zblizona, a czasami nawet nizsza, ale nie o to w tej zabawie chodzi. Jestes informatykiem, obrotny programista w Polsce spokojnie wyciaga ponad 10k miesiecznie (tyle zarabialem zanim wyjechalem), nie jest wcale latwo dostac 2x tyle, niezaleznie od kraju.

    OdpowiedzUsuń
  2. zgadzam się, że to kwestia indywidualna jednak czym innym jest wędrowanie po świecie z ciekawości i dorabianie okazyjne (modny ostatnio nomad style promowany przez bloggerów), a czym innym jest wyjazd z powodu konkretnej oferty pracy jak było w moim przypadku.

    10k netto - szczerze mówiąc znam może jedną lub dwie osoby która tyle wyciąga ale w sumie oni już z programowaniem niewiele mają wspólnego bo to szefowie działów. ale nie będę się kłócił, że się nie da.

    znajomy mi opowiadał jak na jakiejś konferencji spotkał starego kumpla ze studiów, który był bardzo onieśmielony tym, że wszyscy inni byli z wielkich korporacji jak google, ibm, sable, motka i takie tam, a on w jakiejś małej firemce na 10 osób coś sobie w javie skrobał. ale jak zeszło na kasę to się okazało, że on ma 15k na rękę a cała reszta w okolicach 10k i to brutto. więc się da.

    ja do korpo dostać się nie miałem szans chociaż próbowałem kilkakrotnie i zawsze padałem na testach. może jestem za głupi, a może nie było mi pisane.

    jak by nie było, dla mnie proporcje zarobków są porażające, a jeśli wziąć pod uwagę kulturę pracy to Polska jest daleko w tyle. tutaj jeszcze się nie zdarzyło żebym chodził zestresowany albo sfrustrowany, a spokój ducha jest bardzo ważny moim zdaniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. heh, no proszę, nie tylko ja zauważam spokój w pracy na emigracji: http://baluwolanda.blog.onet.pl/Irlandzki-sen,2,ID434073634,n

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie neguję, że w Wiedniu jest Ci lepiej, ale... jakbyś sprzedał samochód będąc w Polsce, to też spłaciłbyś większą część kredytu :)
    pzdr
    agnitz

    OdpowiedzUsuń
  5. @agnitz

    nie neguję, że sprzedaż samochodu pomogła, ale jest jednak różnica pomiędzy 5 a 14 tysięcy i to właśnie umożliwiła mi przeprowadzka do Wiednia.

    OdpowiedzUsuń
  6. No fakt.Szkoda, ze nie jestem informatykiem :)
    A w ogóle to mógłbyś na jakąś wycieczkę po okolicy wyruszyć ;)) I opisać oczywiście też.

    OdpowiedzUsuń
  7. ja też nie jestem informatykiem, jestem programistą :)

    najbliższa wycieczka to będzie firmowy wypad do Budapesztu w drugi weekend października. podobno takie wyjazdy nie są związane z żadnymi zabawami integracyjnymi jak to praktykują korpo tylko generalnie ma się czas na samowolne zwiedzanie więc na pewno jakieś wrażenia osobiste co do uroków tego miasta opiszę.

    innych wycieczek póki co nie planuję, jakoś ostatnio mi czasu brak na cokolwiek, a w sumie jakby nie patrzeć to nic konkretnego nie robię. jakieś paradoxy czasoprzestrzenne czy co...

    OdpowiedzUsuń
  8. To fakt że życie w Wiedniu jest przyjemne i w miarę bezstresowe.

    Btw, kupując bilet roczny oszczędzasz 150 Euro. I zawsze można go oddać i dostać zwrot za niewykorzystaną część, jeśli np będziesz się chciał wynieść z Wiednia.

    Pozdrawiam,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  9. @Ania

    o rocznym bilecie wiem, ale jakoś tak nie mogę się zebrać żeby iść ze zdjęciem do okienka na stacji metra i się zameldować jako stały klient. co prawda na stronie wiener linien można złożyć wniosek o kartę elektronicznie, ale z jakiegoś powodu formularz nie chce mi załapać fotki. ale w końcu się trzeba będzie o to postarać bo w sumie 150 euro piechotą nie chodzi.

    dzięki za odwiedziny i komentarz :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Heh, ja spędziłem tylko 3 wakacyjne miesiące na paryskich budowach (bo z magistra jestem humanista :P ) i z tego wyjazdu odłożyłem dokładnie tyle, ile moja kuzynka zarobiła w Lublinie przez cały rok (pracuje w centrali Emperii).

    Wprawdzie pracowałem dużo (od 5.00 niemal codziennie), ale jak na takie oszczędności nie mogę powiedzieć, że się nie opłacało.

    Z tym wylewaniem pomyj na głowy emigrantów - jest w tym wiele prawdy, ale też nie ma się czemu dziwić biorąc pod uwagę profil statystycznego 'Franka'...

    Pozdrawiam i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja mam pytanie: kiedy bedzie nowy wpis na blogu :)?

    OdpowiedzUsuń